niedziela, 22 czerwca 2008

Follow the white rabbit

Wbrew tytulowi nie bede pisac o Matrixie, bo to nigdy nie byl moj ulubiony film.

Powinnam wlasnie siedziec i uczyc sie o podstawach prawnych funkcjonowania spolecznosci lokalnych (czyli powtarzac milion bezsensownych ustaw), ale jak widac tego nie robie.

Mam ochote pobiec za bialym krolikiem ,wpasc do tajemniczej krainy i przestac sie zamartwiac egzaminami, przyszloscia, wakacjami (bo plany ciagle mi sie zmieniaja) i wrocic tutaj za trzy lata ,zeby odebrac dyplom magistra. Tak bez stresow, zlosci, wylanych z bezsilnosci lez, zlego samopoczucia.

Kiedys nauka i sam proces przyswajania wiedzy wydawal mi sie latwy i przyjemny, ale im dalej brne w edukacyjne bagno, tym bardziej przekonuje sie o bezsensie tego wszystkiego.

Ale zeby ktos nie stwierdzil ,ze mysle tylko o rzeczach smutnych, to powiem ,ze mam kielkujace plany na wrzesien:

1) zdac niezdane w czerwcu egzaminy,
2) odpoczac,
3) pojechac do ( i tu jeszcze sie nie zdecydowalam):
- Maroka
- Kopenhagi
- Paryża
- Sztokholmu
- Helsinek
czyli 3 razy zimno, raz srednio zimno z kierunkiem ku cieplu i raz bardzo cieplo.

Nie jestem typem wygrzewacza slonecznego ,weic zapewne wybiore opcje mrozna.

a na razie jeszcze 2 egzaminy do zdania w przyszlym tygodniu.

A na dworze upal, ze ble.

niedziela, 17 lutego 2008

Niedziela,czyli najgorszy dzien tygodnia

nie cierpie niedzieli- niby to jeszcze weekend, ale tak naprawde to zapowiedz nieznanego, czyli tygodnia, ktory ma nastac...
W niedziele zawsze spie dlugo ,przez co zaburzam moja senna rownowage i mam wieczorem problem z zasnieciem. W efekcie poniedzialek rano zamienia sie w najgorszy koszmar, kiedy to nagle ginie moj ulubiony szal, urywa sie guzik plaszcza, a czarny dziwnym trafem przestaje pasowac do bialego.
Uroki ciagu logicznego: piatek-sobota-niedziela-PONIEDZIALEK...

Jedynym plusem niedzieli jest to ,ze bezkarnie moge lezec i czytac przez caly dzien i nikt mnie nie zagania do niczego. Ot ,taki co tygodniowy dzien amnestii dla lubiacych prace domowe inaczej :)

Zobaczylam dzisiaj Corpse Bride - w koncu i stwierdzam ,ze zaczynam sie zadurzac niebezpiecznie w filmach Tima Burton'a. To jedno z najprzyjemniejszych zadurzen jakie mi sie zdarzyly....

A juz za 4 dni (o ile mnie matematyka nie zawodzi) - SWEENEY TODD!!!! ach ,rozkoszy...

wtorek, 20 listopada 2007

Spontanicznosc ,czyli Krakow , Al di Meola i DIY

spontanicznosc zawiodla nas do samego Krakowa-decyzja zostala powzieta szybciej, niz zajelo mi zjedzenie moje kanapki z pasta serowa...nie zaluje,bo bawilam sie swietnie,ale o tym juz chyba wszyscy wiedza :)

Krakow jak zawsze mnie nie zawiodl - atmosfera przednia, specyficzna ,jak nigdzie indziej.
Ludzie jacys bardziej zadowoleni i szczesliwszy tez bardziej niz na slasku - czyzby to opary Pradnika spowodowaly,ze kazdy usmiecha sie do kazdego?

Co do Ala di Meola ( nie odmieniam ,bo tak naprawde nie wiem, czy mozna to nazwisko odmieniac) ,to moje nowe odkrycie muzyczne . No moze nie zupelnie moje,bo podsuniete przez Michala Gitarzyste mojego. Warto posluchac ,bo ten czlowiek (al nie michal) potrafic robic takie cuda na gitarze,ze kolana miekna. A do tego wyglada świetnie. Czyli podwojna przyjemnosc.

Wlasnie spelniam sie jako szewc- kleje buty,pastuje i naprawiam zamek- jestem samowystarczalna, super!!

I chcialam jeszcze zakomunikowac, ze sie nauczylam pic herbate z mlekiem (uklon w strone Olgi).
I naprawde mi smakuje.

poniedziałek, 12 listopada 2007

O cieplych butach,pierozkach z serem feta, usmiechu mona lizy i bezsensownosci mezczyzn.

Z okazji tej jakze niezwyklej pogody zaopatrzylam sie w cieple,te same co w zeszlym roku,otzymane w spadku po babci buty.
I chodze sobie w nich po najwiekszych zaspach i mam absolutnie w nosie,ze ludzie patrza na mnie jak na niewydarzonego siedmiolatka,ktory po raz kolejny ,z ta sama ciekawoscia i entuzjazmem wita zime.

Bo zima jest fajne-szczypie w uszy,powoduje,ze moj nos zmienia sie w fontanne di trevi,ale daje poczucie jakies niezwyklej przytulnosci.
obiecalam sobie nawet ostatnio,ze sie zakocham zima,bo to piekna pora na wieczorne spacery po parku.a sama sie tak jakos boje...

Chociaz ostatnio meska obecnosc doprowadza mnie do szalu-niestety wiekszosc z nich ma jakos niewiele ciekawych rzeczy do powiedzenia...a moze ja zle trafiam?
Naprawde nie wiedzialam,ze oni kazda kobiete traktuja jako potencjalna ofiare,z ktora chetnie podziela sie odrobina DNA. Zenada do szescianu.

A moze ja sobie buduje taka bariere, zakladam maske krolewnej sniegu i udaje,ze mnie zaden mezczyzna nie obchodzi,ze to gorszy gstunek jest i wogole nie warty zachodu.
Chyba boje sie odrzucenia.


Ale tak optymistyczniej mowiac: zobaczylam ostatnio po raz kolejny 'usmiech mona lizy' i sie zakochalam w stylu a'la lata 50.
Teraz bardzo namietnie poszukuje plisowanej spodnicy z kola cietej i jeszcze jednej meskiej kamizelki i malych cardiganow.
Boski to plan.


Wracam do pierozkow z feta z ciasta filo....mmmm....pychota.

środa, 7 listopada 2007

O powrotach, rozstaniach i troche o przyjazni.

Jak w tytule.
wrocilam. wlasciwie,to nie wiem dlaczego.
wydaje mi sie, ze troche z zalu,troche z nostalgii,a troche z wygody w publikowaniu komentarzy do postow Olgi i Oliwki.

Rozstalam sie na troche z moja ulubiona muzyka.zaniedbalam ja i pozeraja mnie teraz wyrzuty sumienia.
to troche jak pies,ktorego zostawiasz na weekend w znajomych,a on obraza sie potem i patrzy na ciebie z takim smutkiem w oczach.
Poprawilam sie jednak i od wczoraj slucham tylko tori. I ciesze sie nieziemsko jak mi do ucha zawyje w autobusie,az mnie ciarki przechodza.

a tak abstrahujac,to krolik mnie lize po plecach.

Czeka na mnie nauka,zbieranie materialow na zajecia, otrzaskanie sie z konstytucja i esej na teorie demokracji. mam odrobine czasu.dwa tygodnie.zdaze.


O przyjazni ostatnio myslalam. Ze brakuje mi spotkan czestych z przyjaciolmi,wspolnych wypadow na pubu,na herbate (chociaz pije ja prawie zawsze w grzecznosc,bo wiecie ze wole kawe) czy spacer do parku.
Tak tak ,o was mowie!
tesknie.zawsze.mocno.